czwartek, 26 września 2013

Daegu - raj dla tych, którzy kochają góry!

Daegu w Korei, gdzie obecnie uczę położone jest w dolinie. Miasto otoczone jest praktycznie z każdej strony pasmem gór, jest więc z czego wybierać. Dla osób, które kochają góry, jest to praktycznie raj!
Przez ostatnie tygodnie w każdej wolnej chwili starałam się gdzieś wyskakiwać na jakąś krótszą bądź dłuższą górską wędrówkę.
Nawet obok kampusu, z tyłu za budynkiem, w którym mieszkam, jest ścieżka, która prowadzi na szczyt niewysokiej góry Pasan. A zaraz za Uniwersytetem, znajduje się bardzo ładny Waryongsan Urban Nature Park, z niedużymi górami i wspaniale opracowanymi ścieżkami przyrodniczymi.
Na południu są wyższe góry: Apsan (660m), Sampilbong Peak i Beobisan (629) oraz Daedeoksan (599). Na Beobisan i Daedeoksan mam zamiar wspiąć się w najbliższych dniach.
Natomiast na północy miasta znajduje się wspaniałe pasmo górskie Palgong. To są już wyższe góry, z dala od miasta, u  ich stóp położonych jest wiele świątyń buddyjskich, jak choćby słynny kompleks świątynny Donghwasa (gdzie niedawno zbudowano największy na świecie posąg Buddy) czy świątynia Buinsa. Z kolei na jednej z gór (Gatbawi) stoi ogromny posąg Buddy. Żeby tam dotrzeć, trzeba się wspinać ok. 2 godziny po bardzo stromych ścieżkach. Ale zawsze jest tam tłum pielgrzymów, rodzin z małymi dziećmi (one też dzielnie się wspinają) i osób starszych. Dla wierzących buddystów z Korei to obowiązkowy punkt pielgrzymek. O każdej porze dnia przed posągiem kłębi się tłum wiernych, którzy przynoszą ryż i inne drobne upominki i zostawiają przed posągiem. Ryż przynieść trzeba, przynajmniej pół kilo! Jest on przeznaczony dla mnichów opiekujących się położoną nieopodal świątynią.
Góry Palgong mają cudowną atmosferę. Wreszcie można pobyć w ciszy w otoczeniu natury (gdyż małe górki w parkach miejskich są zatłoczone, słychać też nieustannie hałas miasta i huk autostrad a z góry widać wieżowce i miejsą aglomerację). Ze szczytów Palgong widać rozpościerające się pasma gór, przy dobrej widoczności można zobaczyć nawet morze! Jestem absolutnie zafascynowana tymi górami i choć aby tam dotrzeć, trzeba jechać autobusem ok. 1,5 godz, byłam tam już 3 razy. I na pewno jeszcze tam wrócę!

DONGHWASA
Mini ogród przy wejściu do Donghwasy

Mapa gór Palgong

Donghwasa - bardzo turystyczne miejce

W buddyjskich świątyniach zawsze wisi tysiące papierowych lampionów!

Wrzuć pieniążek do dzbana i pomyśl życzenie (trzy razy nie wcelowałam...)

W świątyni Donghwasa


Nieodłączne akcesoria potrzebne do buddyjskich obrzędów

Znów wrzucamy pieniążki





Budda a w tle góry Palgong
WYCIECZKA W GÓRY PALGONG i BUINSA
Choć pogoda spłatała mi figla: była mgła, chmury, deszcz i bardzo silny wiatr (coś jak halny), była to jedna z najpiękniejszych wycieczek!

Kolejka linowa na Palgong

Początek wyprawy

Zastanawiałam się, czy jeszcze nie zawrócić...


Na grani było nieprzyjemnie - wiało potwornie, ale skoro inni się nie bali, to ja też nie:)

Stąd wyruszyłam


Palgong we mgle

Mgła była bardzo blisko!

Samseongbok Peak (1153m). Tu też wiało na maksa!

Zejście ze szczytu a po drodze małe miejsce na modlitwę i odpoczynek.

Zejście do najłatwiejszych nie należy. Schodki były ok, ale trzeba również było się wspinać i schodzić po linach.


Buinsa



Las bambusowy z tyłu za świątynią

Albo życzenia albo prośby do Buddy

Mnich doglądający świątyń


Wykończona ale szczęśliwa przed Buinsą


Koreańska wieś:)


GÓRY W MIEŚCIE
Wszystkie, nawet najmniejsze góry w mieście są doskonale przystosowane do aktywnej ich eksploracji. Ścieżki górskie są świetnie przygotowane, utrzymane oraz opisane, dzięki temu nawet osoby nie mające mapy, czują się bezpieczne i wiedzą, na którym odcinku trasy się znajdują. Góry w mieście, choć niewysokie, wyrastają prawie z samego poziomu morza. Miasto jest płaskie i nagle, po prostu pojawia się kilka wypiętrzonych gór. A potem znów płasko. Dlatego wspięcie się nawet na jedyne 600 metrów to spore wyzwanie. Szczególnie, że ścieżki, w przeciwieństwie do naszych europejskich tras górskich, wytyczone są sztucznie i idą po linii prostej na samą górę, według zasady, jak się wspinać to na całego. Dlatego wszystkie ścieżki są bardzo, bardzo strome co przy 30 stopniowym upale sprawia, że po wejściu na takie 600m człowiek jest wykończony i zlany potem!
W miejskich górach na ogół są miejsca, gdzie można poćwiczyć, takie małe siłownie pod gołym niebem. Są metalowe przyrządy do ćwiczeń, jest zegar i oczywiście MUSI być lustro:) I ludzie ćwiczą!


Tak są oznakowane  ścieżki w górach miejskich. Nie można się zgubić:)


Niby mała górka  a wspinania było sporo.

Siłownie pod gołym niebem i obowiązkowo LUSTRO:D

Widok z gór położonych w mieście

Widok na Daegu z Parku Miejskiego Waryongsan


Koreańczycy, to bardzo sportowy naród. Mają fioła na punkcie odpowiedniej odzieży górskiej. Nawet do parku miejskiego na spacer i przy największym upale zakładają specjalne goreteksy i inne wspinaczkowe ubrania. Koniecznie z długim rękawem i długą nogawką, koniecznie buty za kostkę i na traktorze  i koniecznie kijki do schodzenia. Ja w moich krótkich spodenkach, adidasach i bawełnianym podkoszulku (oraz ze złotym!!!plecakiem na plecach) stanowię da nich przykład ignorancji i głupoty. Choć mam czapkę, wodę a w plecaku dodatkowy sweter i legginsy i tak wdaje im się, że nie wiem co to góry i że nie mam pojęcia o wspinaniu:) Są zdziwieni, gdy widzą mnie na szczycie. Ale za to wielu mężczyzn na powitanie stwierdza You are very beautiful, co jet niezwykle miłe, zważając na to, że na ogół przy wspinaczce jestem spocona, zmęczona i mam rozmazany makijaż (albo w ogóle nie mam żadnego!):D

Z widokiem na górę Apsan

Ten Pan był wyjątkiem. Na ogół wszyscy noszą długi rękaw. Pan zrobił mi zdjęcie i koniecznie chciał mieć zdjęcie ze mną na pamiątkę:) 






niedziela, 15 września 2013

Jordi Savall w Daegu, 13.09.2013

Wczoraj byłam na jednym z najbardziej interesujących koncertów w moim życiu. Do Daegu przyjechał Jordi Savall, światowej sławy gambista. Postanowiłam, że koniecznie muszę pójść na koncert (bo taka  okazja może się już nie powtórzyć). Była to słuszna decyzja.
Koncert odbywał się w jednej z lepszych akustycznie sal Daegu: Susong Artpia, ładnej i nie za dużej. Spisuję moje wrażenia na gorąco, więc może być trochę chaotycznie.

Na koncert ledwo zdążyłam, choć wyjechałam 1,5 godz. z domu. Takie korki są w godzinach szczytu w Daegu (a podobno w porównaniu z Seulem to i tak nic!). Miałam najtańszy bilet (30 euro!, najdroższe są po 100) więc musiałam siedzieć na balkonie. Bilety sprawdzane były bardzo restrykcyjnie, panie biletowe odprowadzały delikwentów do samego krzesła!
Zastanawiałam się, jak będzie brzmieć gamba w tak dużym pomieszczeniu i czy na miejscach z tyłu balkonu będzie ją słychać. Było słychać i to bardzo dobrze! Nie wiem czy to kwestia dźwięku Savalla czy też z całą pewnością fantastycznego instrumentu, jakim dysponuje, czy również i sali, ale dźwięk był klarowny i czysty, nośny w forte, delikatny w piano.
Po raz pierwszy byłam na pełnym recitalu gambowym. Trochę się obawiałam, czy nie będzie mnie nużyć słuchanie gamby przez 2 godziny, czy recital nie okaże się monotonny. Na szczęście moje obawy nie sprawdziły się. Recital stanowił wspaniale przemyślaną i przygotowaną całość. Sala tonęła w ciemności, jedynie na środku stała lampa, mały pulpit i krzesło dla grającego. Niesamowity i bardzo działający na wyobraźnię nastrój, sprzyjający kontemplacji i słuchaniu muzyki. Dosłownie od pierwszych nut utworu przeniosłam się wstecz w czasie.
 Jordi Savall to niesamowicie charyzmatyczny a równocześnie bardzo skupiony na muzyce i swym instrumencie artysta. Nie wyczułam pozerstwa, jakiejkolwiek chęci kokietowania publiczności czy sztuczności. W jego występie liczyła się tylko jego gamba i muzyka. Oprócz grania podobało mi się wyważone, pełne powagi zachowanie na scenie, głębokie ukłony do publiczności (co jest oznaką szacunku dla niej, nie znoszę gdy artyści kłaniają się tylko lekkim skinieniem głowy, dla mnie znaczy to ze za przeproszeniem mają nas, publiczność, w d..e).
Gamba to fascynujący instrument. Po raz pierwszy widziałam go tak blisko i słuchałam jego pełnego i maksymalnego brzmienia. Ma 8 strun i jest skrzyżowaniem wiolonczeli i gitary. Wspaniale brzmią jej niskie struny a pizzicata są niezwykle dźwięczne i nośnie (dużo bardziej niż  w wiolonczeli). Gamba ma  kilka progów, tak jak gitara, ale gra się na niej smyczkiem, tak jak na wiolonczeli. Na prawdę fascynujący instrument, do zakochania!

Występ tworzył jedną spójną całość. Savall rozpoczął od utworów spokojniejszych, melodyjnych, kontemplacyjnych, by w drugiej części występu przejść do pozycji bardziej wirtuozowskich, szalonych (program na zdjęciu). W drugiej części pojawił się utwór ze skordaturą, czyli przestrajaniem dolnych strun instrumentu oraz zamianą strun burdonowych (nie wiem dokładnie jak on to zamienił, ale jak opowiedział w trakcie bisu, umieścił strunę szóstą na pozycji struny siódmej. Faktycznie widziałam, że wziął gambę na kolana i coś ruszał przy podstawku przy strunach, więc pewnie faktycznie było inaczej). Niektóre utwory następowały po sobie bez przerwy, inne artysta zapowiadał w trakcie grania, co robiło też niesamowite wrażenie. Do różnych utworów artysta używał kilku smyczków, w zależności od okresu powstania utworu.
Po przerwie udało mi się wmieszać w tłum i dostać na parter. Usiadłam na miejscu VIP  w trzecim rzędzie prawie na przeciwko Savalla, dzięki temu mogłam obserwować artystę z bliska. Jestem pełna podziwu dla jego kunsztu, umiejętności, muzykalności, powagi i pomysłów na to, jak zaplanować ciekawy koncert. Jestem równocześnie wściekła na moich studentów, że nie raczyli zjawić się na koncercie, pomimo, że kilkakrotnie ich na to gorąco namawiałam.
Niestety, jak to w Korei bywa, 3 razy podczas koncertu włączyła się komuś komórka (tu ludzie są permanentnie uzależnieni od telefonów, nie rozstają się z nimi nawet w nocy, ale o tym kiedy indziej. Wielki szacunek dla Savalla, że grał dalej i nie zdenerwował się). Ktoś inny przysnął i zaczął chrapać (ludzie są tu chronicznie przemęczeni, bo dużo pracują, więc odsypiają - kiedy mogą, w metrze, na koncercie, w autobusie itp). Ale w sumie i tak publiczność zachowywała się nadzwyczaj dobrze:)
Po występie ustawiłam się w dłuuuugiej kolejce po autograf. Kolejka jest monitorowana przez ochroniarzy, do artysty jest dopuszczana tylko jedna osoba pojedynczo i tylko w celu krótkiej konwersacji i zdobycia autografu. Udało mi się zamienić z Maestro kilka słów i zdobyć autograf oraz zdjęcie:)
Był to jeden z niezapomnianych wieczorów i chciałabym jeszcze nie raz uczestniczyć w tak inspirujących koncertach!

Program

Artysta w ciemności przy lampce. Niesamowity nastrój!

Kolejka po autograf!



Jordi Savall - od dzisiaj mój mistrz!

Trofeum zdobyte:)