Już za półtora tygodnia znów wyruszam do Włoch, do Alghero by wziąć udział w 6. edycji Festiwalu Spazio Brahms.
W Alghero nie byłam już 2 lata i bardzo się cieszę, że będę mogła znów
odwiedzić moje ulubione miejsca, popracować z uczniami których nie
widziałam od wakacji oraz, a może przede wszystkim skosztować lokalnej
wspaniałej kuchni:-) To będzie dla mnie kilka dni zupełnego oderwania od
rzeczywistości, dni wypełnionych muzyką, uczeniem, ćwiczeniem no i
przede wszystkim spokojem i bliskością z naturą- mój hotel Villa Las
Tronas w Algero mieści się nad samym morzem w niesamowicie malowniczym
miejscu. Z okna widać morze i skały, a po otwarciu słychać szum fal i
wiatr. Przebywanie w takim miejscu to dla mnie, zwierzęcia miejskiego,
wielka przyjemność i radość. Za naturą tęsknię dosłownie cały czas.
W Alghero zagram dwa koncerty, poprowadzę również zimowy kurs dla skrzypków.
Cieszę się, że znów będę mogła zagrać solo (na co nieczęsto ostatnio mam czas) przepiękną Chacconne
J. S. Bacha. Ostatni raz grałam ten utwór na studiach w Szwajcarii.
Minęło wiele lat i znów postawiłam dzieło Bacha na pulpicie. Kontakt z
tym utworem to dla mnie zawsze wielkie przeżycie, wyzwanie, przyjemność,
odkrywanie kolejnych warstw znaczeniowych utworu, pokonywanie własnych
ograniczeń. Nie muszę pisać, że jest to jeden z najwspanialszych utworów
skrzypcowych jakie kiedykolwiek napisano, bo o tym prawie każdy wie.
Dla mnie jednak, jako absolutnej fanatyczki Bacha, jest i zawsze będzie
to utwór szczególny. Grałam go wielokrotnie, kilka razy zmieniałam
edycje nutowe (m.in. Wroński, Szeryng, Ozim, Henle Urtext) w Szwajcarii
wykonywałam go barokowych skrzypcach, smyczkiem z epoki, teraz znów
wracam do grania na współczesnym instrumencie. Czyli znów poszukiwania,
znów wyzwanie i rozwój!
Mam w tym utworze swoje ulubione momenty i dosłownie nie mogę się doczekać,by znów je zagrać!!!!!
Na
kolejnym koncercie wystąpię z lokalnymi muzykami z Alghero, moimi
serdecznymi przyjaciółmi. Wykonamy kwartety Schuberta i Mozarta.
Teraz tylko muszę porządnie przygotować się do wyjazdu i w drogę!
Więcej informacji o festiwalu tutaj:
https://archiviomusicaledellangelo.wordpress.com/2016/01/25/spazio-brahms-2016-ad-alghero-dal-18-al-20-febbraio-la-sesta-edizione-della-rassegna-musicale/
niedziela, 7 lutego 2016
wtorek, 2 lutego 2016
Nagrania na kolejną płytę z utworami Ryszarda Sielickiego, UMFC, 01-03.02. 2016
Po długiej przerwie znów weszłam do studio nagrań, a konkretnie do sali koncertowej UMFC, gdzie zaczynam rejestrację kolejnej płyty z premierowymi utworami Ryszarda Sielickiego, w 100-lecie urodzin kompozytora. Pomysł płyty narodził się podczas mojego pobytu w Korei, gdzie razem ze mną kompozycję wykładał prof. Edward Sielicki, syn Ryszarda. Pokazał mi on przy okazji partytury ojca, które wydały mi się bardzo interesujące. Gdy okazało się, że w tym roku przypada okrągła rocznica urodzin kompozytora oraz, że jego klasyczne utwory były dotąd nie nagrane- a niektóre z nich nigdy nie wykonane, postanowiliśmy działać:-)
Gdy poszukałam informacji na temat Ryszarda Sielickiego, odkryłam, że był on kompozytorem muzyki do wielu bajek dla najmłodszych, nagranych na czarne płyty. Wielu z nich słuchałam jako dziecko i uwielbiałam je!!!!! Teraz słucha ich moja córeczka:-)
Generalnie Ryszard Sielicki (Ryszard Berlinson) w środowisku kojarzony jest głownie jako twórca muzyki filmowej oraz piosenek estradowych (m.in. Anny German cza Wioletty Villas). Jak się okazuje pisał też sporo muzyki symfonicznej i kameralnej, która jednak często lądowała w szufladzie.
Młodzieńcza sonata, od której zaczęliśmy nagrania, to utwór silnie nawiązujący di muzyki rosyjskiej-Ryszard Sielicki studiował w Moskwie u Szostakowicza. Pierwsza część-lekko groteskowa, przypominająca raczej sonaty Prokofiewa, jest najdłuższa i najbardziej rozbudowana z całego utworu. Druga, na wstępie mroczna i tajemnicza, z elementami delikatnej, mistycznej, a miejscami impresjonistycznej linii melodycznej, jest bardzo wdzięczna do grania. Jedynie wieloznakowe tonacje (znak rozpoznawczy Sielickiego-ojca) stanowią o trudności intonacyjnej tej części. Część trzecia to zabawne, wirtuozowskie scherzando w stylistyce secco stacatissimo. Sonata była dwukrotnie publicznie wykonana, natomiast, podobnie jak pozostałe nagrywane przeze mnie utwory,nigdy dotąd nie opublikowana.
W zupełnie innej stylistyce utrzymane są -napisane 40 lat później- miniatury skrzypcowe: Reverie-legenda hebrajska, i Mazurek. Sł to utwory dużo dojrzalsze, bardzo dobrze wykorzystujące specyfikę brzmienia obu instrumentów, świetnie napisane. Nawiązują do tradycji romantycznej miniatury instrumentalnej, przypominają trochę mazurki Wieniawskiego, Młynarskiego czy Zarzyckiego.
Gra się je z wielką przyjemnością. Bardzo zależy mi na ich wydaniu, gdyż stanowić mogą doskonałą pozycję dla uczniów w szkołach muzycznych II stopnia, mają bowiem, oprócz niewątpliwych walorów artystycznych, dużą wartość edukacyjną.
Dzisiejsza sesja to tylko połowa płyty. Kolejną jej część nagrywać będę z kwartetem, przygotowujemy Kwartet smyczkowy Sielickiego, który dwukrotnie wykonałyśmy już na koncertach we Francji i Polsce. Była więc okazja by utwór się ograł i uleżał (co jest dość ważne, gdy przygotowuje się repertuar do nagrania).
![]() | |
| Ryszard Sielicki |
Więcej informacji o Ryszardzie Sielickim w Wikipedii:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Ryszard_Sielicki
Piosenek i bajek jego autorstwa posłuchać można na youtube:
https://www.youtube.com/results?search_query=Ryszard+Sielicki
sobota, 9 stycznia 2016
Konferencja poświęcona Andrzejowi Dobrowolskiemu, 04-06. 12. 2015 - wspomnienie
Sesja poświęcona mojemu dziadkowi, kompozytorowi Andrzejowi
Dobrowolskiemu, zorganizowana przez p. Alicję Gronau udała się bardzo
dobrze, za co raz jeszcze pragnę jej gorąco podziękować!
Choć nie mogłam być na wielu wykładach, udało mi się posłuchać pierwszego koncertu i wziąć udział w panelu-dyskusyjnym poświęconym kompozytorowi. Spotkanie obfitowało we wspomnienia rodziny i uczniów Dobrowolskiego, o wielu rzeczach i faktach z życia kompozytora usłyszałam po raz pierwszy. To było bardzo ciekawe i cenne dla mnie doświadczenie. Wreszcie spotkałam całą rodzinę od strony dziadka, której nie wiedziałam od wielu lat. Był czas na rozmowy i wspólny obiad.
Cieszę się, że miałam okazję wykonać kwartet smyczkowy, ostatni utwór mojego dziadka. Było to dla mnie bardzo osobiste przeżycie. To kompozycja o klarownej formie, ciekawej fakturze, dość klasycznym zapisie. Po wielu poszukiwaniach nowych form twórczości przez Dobrowolskiego i długiej przerwie w komponowaniu, Kwartet jest w pewnym sensie jego swoistym powrotem "do źródeł". Utwór jest spokojny, wręcz melodyjny. Fragmenty tonalne o klasycznym zapisie przeplatają się z sekwencjami bez metrum. Puls mierzony jest wartościami sekundowymi. Widać inspirację minimalizmem.
Zależało mi, by wydobyć z utworu jak najwięcej ciepłego brzmienia, skupić się na frazie, melodyce, a nie tylko na elementach sonorystycznych i makrorytmicznych.
Oto kilka zdjęć z koncertu i sesji.
Choć nie mogłam być na wielu wykładach, udało mi się posłuchać pierwszego koncertu i wziąć udział w panelu-dyskusyjnym poświęconym kompozytorowi. Spotkanie obfitowało we wspomnienia rodziny i uczniów Dobrowolskiego, o wielu rzeczach i faktach z życia kompozytora usłyszałam po raz pierwszy. To było bardzo ciekawe i cenne dla mnie doświadczenie. Wreszcie spotkałam całą rodzinę od strony dziadka, której nie wiedziałam od wielu lat. Był czas na rozmowy i wspólny obiad.
Cieszę się, że miałam okazję wykonać kwartet smyczkowy, ostatni utwór mojego dziadka. Było to dla mnie bardzo osobiste przeżycie. To kompozycja o klarownej formie, ciekawej fakturze, dość klasycznym zapisie. Po wielu poszukiwaniach nowych form twórczości przez Dobrowolskiego i długiej przerwie w komponowaniu, Kwartet jest w pewnym sensie jego swoistym powrotem "do źródeł". Utwór jest spokojny, wręcz melodyjny. Fragmenty tonalne o klasycznym zapisie przeplatają się z sekwencjami bez metrum. Puls mierzony jest wartościami sekundowymi. Widać inspirację minimalizmem.
Zależało mi, by wydobyć z utworu jak najwięcej ciepłego brzmienia, skupić się na frazie, melodyce, a nie tylko na elementach sonorystycznych i makrorytmicznych.
Oto kilka zdjęć z koncertu i sesji.
| Spotkanie rodzinne po zakończeniu konferencji |
wtorek, 29 grudnia 2015
czwartek, 26 listopada 2015
Konferencja poświęcona Andrzejowi Dobrowolskiemu, 04-06.12.2015
Już
za tydzień odbędzie się sesja i koncert poświęcone twórczości Andrzeja
Dobrowolskiego.
Andrzej Dobrowolski to mój dziadek, w związku z tym będzie mi bardzo miło wziąć udział w tym wydarzeniu. Bardzo się cieszę, że postać dziadka zostanie przypomniana i że młodsze pokolenie będzie mogło zapoznać się z jego, teraz już klasyczną, a jeszcze kilkanaście lat temu-awangardową i nowatorską-twórczością.
Podczas sesji odbędą się wykłady poświęcone muzyce czystej formy, w tym muzyce elektronicznej (dziadek był jednym z prekursorów tego typu muzyki, szczególnie jeśli chodzi o utwory z taśmą). Podczas sesji odbędą się dwa koncerty (04, 05. grudnia) oraz, ostatniego jej dnia (06. grudnia) panel-spotkanie poświęcone Andrzejowi Dobrowolskiemu. Bardzo się cieszę z tego spotkania, mam nadzieję, że dowiem się o dziadku czegoś nowego. Będzie to również okazja, by spotkać się z rodziną dziadka rozsianą po świecie, która przyjeżdża do Warszawy specjalnie na sesję.
Ponieważ Dobrowolski wyjechał do Austrii, gdzie otrzymał profesurę w Hochschule w Grazu, kiedy byłam bardzo mała, widziałam się z nim sporadycznie. Gdy przyjeżdżał do Polski, przywoził mi zawsze wspaniałe czekolady Milka (coś absolutnie magicznego i wyczekiwanego) i całe ryzy flamastrów (wtedy towary deficytowe), i z tym mi się dziadek głównie kojarzy. Pamiętam jego pogodę ducha, poczucie humoru i nieodłączny papieros w ustach.
Pamiętam, że gdy byłam mała, miałam może 5 lat, mama zabrała mnie na koncert monograficzny do Filharmonii Narodowej, poświęcony twórczości Dobrowolskiego. Strasznie się wtedy nudziłam, muzyka z taśmą wydawała mi się kompletnie niezrozumiała a utwór na tubę solo dłużył się niemiłosiernie! Byłam chyba po prostu za mała by rozumieć tego typu muzykę. Mam nadzieję, że tym razem będzie inaczej i że będę mogła na nowo odkrywać nostalgiczne brzmienie awangardowej twórczości Dobrowolskiego.
Wraz z O.S.Q. wykonam kwartet smyczkowy Dobrowolskiego (z 1989 roku).
UMFC 04-06.12.2015

wtorek, 17 listopada 2015
Koncerty i masterclass w Szkocji
W połowie października wraz ze skrzypkiem Rafałem Zambrzyckim-Payne oraz pianistą Anthony Hewittem miałam przyjemność wystąpić na koncertach w Edynburgu, St. Andrews i Kirkwood w Szkocji. Poprowadziłam tam również kilka lekcji otwartych ze smyczkowcami. Cały wyjazd był wspaniałą przygodą. Wspaniale było znów podróżować, pozwiedzać nowe miejsca, pograć w innym niż kwartetowy, składzie. We wszystkich miejscach przyjęto nas wspaniale, organizatorzy byli przemili, dbali o każdy szczegół naszego pobytu.
Pierwszy koncert (tzw. lunch-conert, forma niezwykle popularna w Wielkiej Brytanii, czyli koncert nie za długi, nie za krótki, trwający ok. godziny, odbywający się w południe) oraz lekcje ze skrzypkami i zespołami kameralnymi miały miejsce w Edynburgu, w słynnym Fettes College. To jedna z najstarszych i najbardziej ekskluzywnych szkół prywatnych w Wielkiej Brytanii, placówka z tradycjami. Niezwykły budynek, rodem z filmów o Harrym Potterze, działa na wyobraźnię i wzbudza szacunek do tego miejsca. Ten college robi wrażenie!!!
Kolejny koncert, tym razem wieczorową porą, zagraliśmy w St. Andrews, mieście uniwersyteckim (to tu studiował książę William i tutaj właśnie poznał księżną Kate!), gdzie życie całej wspólnoty obraca się wokół wiekowego i elitarnego uniwersytetu. Wystąpiłam tutaj już po raz drugi. Kilka lat temu miałam okazję zagrać koncert w przepięknej kaplicy uniwersyteckiej (miejsce magiczne, sala niezwykłej urody lecz niestety kojarząca mi się z trudnymi warunkami do grania z powodu braku ogrzewania, dodam, że budynek zbudowany z kamienia, więc można wyobrazić sobie, jak ekstremalne są tam warunki dla muzyków). Tym razem koncert miał miejsce w uroczym, niewielkim, lecz bardzo nowoczesnym teatrze (Byre Theatre), zmodernizowanym dosłownie rok temu. Sala, choć nieduża, jest bardzo nowoczesna i przestronna, ponadto akustyka, jak na salę teatralną, jest przyzwoita, gra się nieźle. Publiczność dopisała, koncert był bardzo udany.
Następnego dnia poprowadziliśmy warsztaty na Uniwersytecie St. Andrews. Choć nie ma tam oficjalnego wydziału muzycznego, a studenci muszą płacić dodatkowo za lekcje instrumentu, poziom jest bardzo wysoki. To rzadkość w Wielkiej Brytanii. Wysoki poziom panuje na ogół w placówkach stricte muzycznych, takich jak np. Royal College w Londynie,natomiast na normalnych uniwersytetach, na wydziałach muzycznych jest raczej dość przeciętnie jeśli nie słabo. Tym bardziej było mi przyjemnie uczyć w tej instytucji:)
Lubię St. Andrews. Pełne powagi stare mury, przez które przeszły pokolenia studentów przepełnione są niezwykłą energią i pasją młodych ludzi. Jest coś bardzo pozytywnego w tym miejscu. Mam nadzieję, że będę miała jeszcze okazję by tam wrócić!
Ostatnim punktem naszej podróży były Orkady. Wyspy kojarzą się przede wszystkim z wyrobem słynnej szkockiej whisky. To najdalej wysunięty punkt na północ, gdzie do tej pory byłam (i gdzie grałam).
Orkady przypominają mi trochę duńskie miasteczko Nykoebing Falster, gdzie kiedyś pracowałam. Wspaniałe krajobrazy, natura, przestrzeń i światło zupełnie inne niż w Polsce. Uwielbiam północ i uwielbiam kolory północy, jakże inne od naszych. Ponadto niska zabudowa a w miasteczkach małe, stare domki. Miejsce epatuje spokojem. Wiele osób umarłoby tutaj z nudów, gdyż nie ma tu wielkich metropolii, tylko maleńkie miasteczka, zamiast rozrywek jest cisza i spokój. Ale ja lubię takie klimaty. Myślę, że mogłabym tutaj zamieszkać, bardzo potrzebuję ciszy i przestrzeni, zawsze brak mi tego w Warszawie. Warszawski pęd często mnie rozprasza i nie pozwala zebrać myśli. Tutaj jest inaczej - można na prawdę wsłuchać się w siebie, jest na to czas- bo czas jakoś inaczej, wolniej na Orkadach płynie. Jest tu jakaś nostalgia i surowość zarazem, takie miejsca zawsze mnie przyciągają!
W Kirkwall gościła nas urocza pani, właścicielka pięknego domu, animatorka kultury w lokalnej społeczności. Jej dom, urządzony ze smakiem, pełen pięknych przedmiotów przywiezionych z różnych stron świata, wyglądał dokładnie tak, jak mój wymarzony dom. Obiecałam sobie, że jeśli kiedykolwiek kupię dom, to będzie on wyglądał dokładnie tak, jak ten na Orkadach!
Przed koncertem miałam okazję zwiedzić trochę wyspę. Lokalni mieszkańcy mawiają, że na Orkadach w ciągu jednego dnia można przeżyć wszystkie pory roku, i tak rzeczywiście jest, o czym przekonałam się podczas tej mini-wycieczki. Było słońce, mgła, deszcz, tęcza i oczywiście nieustanny, urywający głowy wiatr. Trudno się dziwić, wyspy nie są niczym osłonięte od wiatru, z każdej strony otacza je wzburzone morze. Ponadto prawie nie ma tu drzew. Wiatr wprowadza atmosferę niepokoju i grozy, a równocześnie ma w sobie coś orzeźwiającego.
Wyspa to głównie pola, pagórki, gdzieniegdzie prastare ruiny z czasów przed Chrystusem (coś w stylu kamiennych kręgów) a nad morzem klify i urwiska. Bardzo żałuję, że nie miałam więcej czasu, by spokojnie ją pozwiedzać. Ale to znaczy, że pewnie jeszcze kiedyś przyjadę tu na dłużej (marzą mi się wakacje na Orkadach!).
Koncert, najbardziej udany ze wszystkich szkockich występów, odbył się w Miejskiej Sali w Stromness. Po koncercie trzeba było oczywiście spróbować lokalnej whisky, która destylowana jest właśnie na Orkadach. Miałam w planach pozwiedzać destylarnię, ale niestety, w niedzielę była akurat zamknięta!
Następnego dnia poprowadziliśmy kolejne, tym razem już ostatnie mastercalss dla dzieci i młodzieży. Dzieciaki przesympatyczne, a czasu, jak zawsze za mało! Przed zajęciami wstąpiliśmy do wspaniałej, słynnej Katedry św. Magnusa, jednej z najstarszych katedr w Szkocji.
W ubiegłym roku z wielu powodów ograniczyłam podróże, choć kiedyś byłam w drodze praktycznie cały czas. Cieszyłam się, że nie muszę pakować walizek i że wreszcie żyję w jednym miejscu, a jednak czułam, że moje życie zaczyna nosić znamiona pewnego rodzaju rutyny. Podczas tego wyjazdu uświadomiłam sobie, jak bardzo brakowało mi wyjazdów i oderwania od rzeczywistości! W Szkocji znów złapałam wiatr w żagle, chęć do przygód i nowych wyzwań!
Pierwszy koncert (tzw. lunch-conert, forma niezwykle popularna w Wielkiej Brytanii, czyli koncert nie za długi, nie za krótki, trwający ok. godziny, odbywający się w południe) oraz lekcje ze skrzypkami i zespołami kameralnymi miały miejsce w Edynburgu, w słynnym Fettes College. To jedna z najstarszych i najbardziej ekskluzywnych szkół prywatnych w Wielkiej Brytanii, placówka z tradycjami. Niezwykły budynek, rodem z filmów o Harrym Potterze, działa na wyobraźnię i wzbudza szacunek do tego miejsca. Ten college robi wrażenie!!!
![]() |
| lekcje kameralne w Fettes College |
![]() |
| Wspaniały budynek Fettes College |
![]() |
| Przed wejściem do budynku, za mną widok na miasto |
Kolejny koncert, tym razem wieczorową porą, zagraliśmy w St. Andrews, mieście uniwersyteckim (to tu studiował książę William i tutaj właśnie poznał księżną Kate!), gdzie życie całej wspólnoty obraca się wokół wiekowego i elitarnego uniwersytetu. Wystąpiłam tutaj już po raz drugi. Kilka lat temu miałam okazję zagrać koncert w przepięknej kaplicy uniwersyteckiej (miejsce magiczne, sala niezwykłej urody lecz niestety kojarząca mi się z trudnymi warunkami do grania z powodu braku ogrzewania, dodam, że budynek zbudowany z kamienia, więc można wyobrazić sobie, jak ekstremalne są tam warunki dla muzyków). Tym razem koncert miał miejsce w uroczym, niewielkim, lecz bardzo nowoczesnym teatrze (Byre Theatre), zmodernizowanym dosłownie rok temu. Sala, choć nieduża, jest bardzo nowoczesna i przestronna, ponadto akustyka, jak na salę teatralną, jest przyzwoita, gra się nieźle. Publiczność dopisała, koncert był bardzo udany.
Następnego dnia poprowadziliśmy warsztaty na Uniwersytecie St. Andrews. Choć nie ma tam oficjalnego wydziału muzycznego, a studenci muszą płacić dodatkowo za lekcje instrumentu, poziom jest bardzo wysoki. To rzadkość w Wielkiej Brytanii. Wysoki poziom panuje na ogół w placówkach stricte muzycznych, takich jak np. Royal College w Londynie,natomiast na normalnych uniwersytetach, na wydziałach muzycznych jest raczej dość przeciętnie jeśli nie słabo. Tym bardziej było mi przyjemnie uczyć w tej instytucji:)
Lubię St. Andrews. Pełne powagi stare mury, przez które przeszły pokolenia studentów przepełnione są niezwykłą energią i pasją młodych ludzi. Jest coś bardzo pozytywnego w tym miejscu. Mam nadzieję, że będę miała jeszcze okazję by tam wrócić!
![]() |
| Byre Theatre |
![]() |
| Sala koncertowa w teatrze |
![]() |
| Uniwersytet st. Andrews |
![]() |
| Przed głównym wejściem:-) |
Ostatnim punktem naszej podróży były Orkady. Wyspy kojarzą się przede wszystkim z wyrobem słynnej szkockiej whisky. To najdalej wysunięty punkt na północ, gdzie do tej pory byłam (i gdzie grałam).
Orkady przypominają mi trochę duńskie miasteczko Nykoebing Falster, gdzie kiedyś pracowałam. Wspaniałe krajobrazy, natura, przestrzeń i światło zupełnie inne niż w Polsce. Uwielbiam północ i uwielbiam kolory północy, jakże inne od naszych. Ponadto niska zabudowa a w miasteczkach małe, stare domki. Miejsce epatuje spokojem. Wiele osób umarłoby tutaj z nudów, gdyż nie ma tu wielkich metropolii, tylko maleńkie miasteczka, zamiast rozrywek jest cisza i spokój. Ale ja lubię takie klimaty. Myślę, że mogłabym tutaj zamieszkać, bardzo potrzebuję ciszy i przestrzeni, zawsze brak mi tego w Warszawie. Warszawski pęd często mnie rozprasza i nie pozwala zebrać myśli. Tutaj jest inaczej - można na prawdę wsłuchać się w siebie, jest na to czas- bo czas jakoś inaczej, wolniej na Orkadach płynie. Jest tu jakaś nostalgia i surowość zarazem, takie miejsca zawsze mnie przyciągają!
W Kirkwall gościła nas urocza pani, właścicielka pięknego domu, animatorka kultury w lokalnej społeczności. Jej dom, urządzony ze smakiem, pełen pięknych przedmiotów przywiezionych z różnych stron świata, wyglądał dokładnie tak, jak mój wymarzony dom. Obiecałam sobie, że jeśli kiedykolwiek kupię dom, to będzie on wyglądał dokładnie tak, jak ten na Orkadach!
Przed koncertem miałam okazję zwiedzić trochę wyspę. Lokalni mieszkańcy mawiają, że na Orkadach w ciągu jednego dnia można przeżyć wszystkie pory roku, i tak rzeczywiście jest, o czym przekonałam się podczas tej mini-wycieczki. Było słońce, mgła, deszcz, tęcza i oczywiście nieustanny, urywający głowy wiatr. Trudno się dziwić, wyspy nie są niczym osłonięte od wiatru, z każdej strony otacza je wzburzone morze. Ponadto prawie nie ma tu drzew. Wiatr wprowadza atmosferę niepokoju i grozy, a równocześnie ma w sobie coś orzeźwiającego.
Wyspa to głównie pola, pagórki, gdzieniegdzie prastare ruiny z czasów przed Chrystusem (coś w stylu kamiennych kręgów) a nad morzem klify i urwiska. Bardzo żałuję, że nie miałam więcej czasu, by spokojnie ją pozwiedzać. Ale to znaczy, że pewnie jeszcze kiedyś przyjadę tu na dłużej (marzą mi się wakacje na Orkadach!).
Koncert, najbardziej udany ze wszystkich szkockich występów, odbył się w Miejskiej Sali w Stromness. Po koncercie trzeba było oczywiście spróbować lokalnej whisky, która destylowana jest właśnie na Orkadach. Miałam w planach pozwiedzać destylarnię, ale niestety, w niedzielę była akurat zamknięta!
Następnego dnia poprowadziliśmy kolejne, tym razem już ostatnie mastercalss dla dzieci i młodzieży. Dzieciaki przesympatyczne, a czasu, jak zawsze za mało! Przed zajęciami wstąpiliśmy do wspaniałej, słynnej Katedry św. Magnusa, jednej z najstarszych katedr w Szkocji.
![]() | |||||
| Plakat koncertu na Orkadach |
![]() | |
| Stromness Town Hall to kościół i sala koncertowa w jednym |
![]() | ||
Próba przed koncertem w Stromness
|
![]() |
| Szybka wycieczka po Orkadach, słońce, deszcz, wiatr i przestrzeń! |
![]() |
| Jedna z najstarszych budowli sakralnych w Szkocji |
![]() |
| Katedra św. Magnusa w Kirkwall |
W ubiegłym roku z wielu powodów ograniczyłam podróże, choć kiedyś byłam w drodze praktycznie cały czas. Cieszyłam się, że nie muszę pakować walizek i że wreszcie żyję w jednym miejscu, a jednak czułam, że moje życie zaczyna nosić znamiona pewnego rodzaju rutyny. Podczas tego wyjazdu uświadomiłam sobie, jak bardzo brakowało mi wyjazdów i oderwania od rzeczywistości! W Szkocji znów złapałam wiatr w żagle, chęć do przygód i nowych wyzwań!
środa, 7 października 2015
Koncert Opium String Quartet w Muzeum Powstania Warszawskiego, 03.10.2015
Opium String Quartet w tym roku już po raz drugi miał okazję zagrać w Muzeum. To dla nas wielkie wyróżnienie. Koncerty w Muzeum P.W. mają niesamowitą, bardzo nastrojową aurę. Mam nadzieję, że będzie jeszcze wiele okazji do występów w tym przepięknym budynku.
![]() |
![]() |
Subskrybuj:
Posty (Atom)































