czwartek, 26 września 2013

Daegu - raj dla tych, którzy kochają góry!

Daegu w Korei, gdzie obecnie uczę położone jest w dolinie. Miasto otoczone jest praktycznie z każdej strony pasmem gór, jest więc z czego wybierać. Dla osób, które kochają góry, jest to praktycznie raj!
Przez ostatnie tygodnie w każdej wolnej chwili starałam się gdzieś wyskakiwać na jakąś krótszą bądź dłuższą górską wędrówkę.
Nawet obok kampusu, z tyłu za budynkiem, w którym mieszkam, jest ścieżka, która prowadzi na szczyt niewysokiej góry Pasan. A zaraz za Uniwersytetem, znajduje się bardzo ładny Waryongsan Urban Nature Park, z niedużymi górami i wspaniale opracowanymi ścieżkami przyrodniczymi.
Na południu są wyższe góry: Apsan (660m), Sampilbong Peak i Beobisan (629) oraz Daedeoksan (599). Na Beobisan i Daedeoksan mam zamiar wspiąć się w najbliższych dniach.
Natomiast na północy miasta znajduje się wspaniałe pasmo górskie Palgong. To są już wyższe góry, z dala od miasta, u  ich stóp położonych jest wiele świątyń buddyjskich, jak choćby słynny kompleks świątynny Donghwasa (gdzie niedawno zbudowano największy na świecie posąg Buddy) czy świątynia Buinsa. Z kolei na jednej z gór (Gatbawi) stoi ogromny posąg Buddy. Żeby tam dotrzeć, trzeba się wspinać ok. 2 godziny po bardzo stromych ścieżkach. Ale zawsze jest tam tłum pielgrzymów, rodzin z małymi dziećmi (one też dzielnie się wspinają) i osób starszych. Dla wierzących buddystów z Korei to obowiązkowy punkt pielgrzymek. O każdej porze dnia przed posągiem kłębi się tłum wiernych, którzy przynoszą ryż i inne drobne upominki i zostawiają przed posągiem. Ryż przynieść trzeba, przynajmniej pół kilo! Jest on przeznaczony dla mnichów opiekujących się położoną nieopodal świątynią.
Góry Palgong mają cudowną atmosferę. Wreszcie można pobyć w ciszy w otoczeniu natury (gdyż małe górki w parkach miejskich są zatłoczone, słychać też nieustannie hałas miasta i huk autostrad a z góry widać wieżowce i miejsą aglomerację). Ze szczytów Palgong widać rozpościerające się pasma gór, przy dobrej widoczności można zobaczyć nawet morze! Jestem absolutnie zafascynowana tymi górami i choć aby tam dotrzeć, trzeba jechać autobusem ok. 1,5 godz, byłam tam już 3 razy. I na pewno jeszcze tam wrócę!

DONGHWASA
Mini ogród przy wejściu do Donghwasy

Mapa gór Palgong

Donghwasa - bardzo turystyczne miejce

W buddyjskich świątyniach zawsze wisi tysiące papierowych lampionów!

Wrzuć pieniążek do dzbana i pomyśl życzenie (trzy razy nie wcelowałam...)

W świątyni Donghwasa


Nieodłączne akcesoria potrzebne do buddyjskich obrzędów

Znów wrzucamy pieniążki





Budda a w tle góry Palgong
WYCIECZKA W GÓRY PALGONG i BUINSA
Choć pogoda spłatała mi figla: była mgła, chmury, deszcz i bardzo silny wiatr (coś jak halny), była to jedna z najpiękniejszych wycieczek!

Kolejka linowa na Palgong

Początek wyprawy

Zastanawiałam się, czy jeszcze nie zawrócić...


Na grani było nieprzyjemnie - wiało potwornie, ale skoro inni się nie bali, to ja też nie:)

Stąd wyruszyłam


Palgong we mgle

Mgła była bardzo blisko!

Samseongbok Peak (1153m). Tu też wiało na maksa!

Zejście ze szczytu a po drodze małe miejsce na modlitwę i odpoczynek.

Zejście do najłatwiejszych nie należy. Schodki były ok, ale trzeba również było się wspinać i schodzić po linach.


Buinsa



Las bambusowy z tyłu za świątynią

Albo życzenia albo prośby do Buddy

Mnich doglądający świątyń


Wykończona ale szczęśliwa przed Buinsą


Koreańska wieś:)


GÓRY W MIEŚCIE
Wszystkie, nawet najmniejsze góry w mieście są doskonale przystosowane do aktywnej ich eksploracji. Ścieżki górskie są świetnie przygotowane, utrzymane oraz opisane, dzięki temu nawet osoby nie mające mapy, czują się bezpieczne i wiedzą, na którym odcinku trasy się znajdują. Góry w mieście, choć niewysokie, wyrastają prawie z samego poziomu morza. Miasto jest płaskie i nagle, po prostu pojawia się kilka wypiętrzonych gór. A potem znów płasko. Dlatego wspięcie się nawet na jedyne 600 metrów to spore wyzwanie. Szczególnie, że ścieżki, w przeciwieństwie do naszych europejskich tras górskich, wytyczone są sztucznie i idą po linii prostej na samą górę, według zasady, jak się wspinać to na całego. Dlatego wszystkie ścieżki są bardzo, bardzo strome co przy 30 stopniowym upale sprawia, że po wejściu na takie 600m człowiek jest wykończony i zlany potem!
W miejskich górach na ogół są miejsca, gdzie można poćwiczyć, takie małe siłownie pod gołym niebem. Są metalowe przyrządy do ćwiczeń, jest zegar i oczywiście MUSI być lustro:) I ludzie ćwiczą!


Tak są oznakowane  ścieżki w górach miejskich. Nie można się zgubić:)


Niby mała górka  a wspinania było sporo.

Siłownie pod gołym niebem i obowiązkowo LUSTRO:D

Widok z gór położonych w mieście

Widok na Daegu z Parku Miejskiego Waryongsan


Koreańczycy, to bardzo sportowy naród. Mają fioła na punkcie odpowiedniej odzieży górskiej. Nawet do parku miejskiego na spacer i przy największym upale zakładają specjalne goreteksy i inne wspinaczkowe ubrania. Koniecznie z długim rękawem i długą nogawką, koniecznie buty za kostkę i na traktorze  i koniecznie kijki do schodzenia. Ja w moich krótkich spodenkach, adidasach i bawełnianym podkoszulku (oraz ze złotym!!!plecakiem na plecach) stanowię da nich przykład ignorancji i głupoty. Choć mam czapkę, wodę a w plecaku dodatkowy sweter i legginsy i tak wdaje im się, że nie wiem co to góry i że nie mam pojęcia o wspinaniu:) Są zdziwieni, gdy widzą mnie na szczycie. Ale za to wielu mężczyzn na powitanie stwierdza You are very beautiful, co jet niezwykle miłe, zważając na to, że na ogół przy wspinaczce jestem spocona, zmęczona i mam rozmazany makijaż (albo w ogóle nie mam żadnego!):D

Z widokiem na górę Apsan

Ten Pan był wyjątkiem. Na ogół wszyscy noszą długi rękaw. Pan zrobił mi zdjęcie i koniecznie chciał mieć zdjęcie ze mną na pamiątkę:) 






niedziela, 15 września 2013

Jordi Savall w Daegu, 13.09.2013

Wczoraj byłam na jednym z najbardziej interesujących koncertów w moim życiu. Do Daegu przyjechał Jordi Savall, światowej sławy gambista. Postanowiłam, że koniecznie muszę pójść na koncert (bo taka  okazja może się już nie powtórzyć). Była to słuszna decyzja.
Koncert odbywał się w jednej z lepszych akustycznie sal Daegu: Susong Artpia, ładnej i nie za dużej. Spisuję moje wrażenia na gorąco, więc może być trochę chaotycznie.

Na koncert ledwo zdążyłam, choć wyjechałam 1,5 godz. z domu. Takie korki są w godzinach szczytu w Daegu (a podobno w porównaniu z Seulem to i tak nic!). Miałam najtańszy bilet (30 euro!, najdroższe są po 100) więc musiałam siedzieć na balkonie. Bilety sprawdzane były bardzo restrykcyjnie, panie biletowe odprowadzały delikwentów do samego krzesła!
Zastanawiałam się, jak będzie brzmieć gamba w tak dużym pomieszczeniu i czy na miejscach z tyłu balkonu będzie ją słychać. Było słychać i to bardzo dobrze! Nie wiem czy to kwestia dźwięku Savalla czy też z całą pewnością fantastycznego instrumentu, jakim dysponuje, czy również i sali, ale dźwięk był klarowny i czysty, nośny w forte, delikatny w piano.
Po raz pierwszy byłam na pełnym recitalu gambowym. Trochę się obawiałam, czy nie będzie mnie nużyć słuchanie gamby przez 2 godziny, czy recital nie okaże się monotonny. Na szczęście moje obawy nie sprawdziły się. Recital stanowił wspaniale przemyślaną i przygotowaną całość. Sala tonęła w ciemności, jedynie na środku stała lampa, mały pulpit i krzesło dla grającego. Niesamowity i bardzo działający na wyobraźnię nastrój, sprzyjający kontemplacji i słuchaniu muzyki. Dosłownie od pierwszych nut utworu przeniosłam się wstecz w czasie.
 Jordi Savall to niesamowicie charyzmatyczny a równocześnie bardzo skupiony na muzyce i swym instrumencie artysta. Nie wyczułam pozerstwa, jakiejkolwiek chęci kokietowania publiczności czy sztuczności. W jego występie liczyła się tylko jego gamba i muzyka. Oprócz grania podobało mi się wyważone, pełne powagi zachowanie na scenie, głębokie ukłony do publiczności (co jest oznaką szacunku dla niej, nie znoszę gdy artyści kłaniają się tylko lekkim skinieniem głowy, dla mnie znaczy to ze za przeproszeniem mają nas, publiczność, w d..e).
Gamba to fascynujący instrument. Po raz pierwszy widziałam go tak blisko i słuchałam jego pełnego i maksymalnego brzmienia. Ma 8 strun i jest skrzyżowaniem wiolonczeli i gitary. Wspaniale brzmią jej niskie struny a pizzicata są niezwykle dźwięczne i nośnie (dużo bardziej niż  w wiolonczeli). Gamba ma  kilka progów, tak jak gitara, ale gra się na niej smyczkiem, tak jak na wiolonczeli. Na prawdę fascynujący instrument, do zakochania!

Występ tworzył jedną spójną całość. Savall rozpoczął od utworów spokojniejszych, melodyjnych, kontemplacyjnych, by w drugiej części występu przejść do pozycji bardziej wirtuozowskich, szalonych (program na zdjęciu). W drugiej części pojawił się utwór ze skordaturą, czyli przestrajaniem dolnych strun instrumentu oraz zamianą strun burdonowych (nie wiem dokładnie jak on to zamienił, ale jak opowiedział w trakcie bisu, umieścił strunę szóstą na pozycji struny siódmej. Faktycznie widziałam, że wziął gambę na kolana i coś ruszał przy podstawku przy strunach, więc pewnie faktycznie było inaczej). Niektóre utwory następowały po sobie bez przerwy, inne artysta zapowiadał w trakcie grania, co robiło też niesamowite wrażenie. Do różnych utworów artysta używał kilku smyczków, w zależności od okresu powstania utworu.
Po przerwie udało mi się wmieszać w tłum i dostać na parter. Usiadłam na miejscu VIP  w trzecim rzędzie prawie na przeciwko Savalla, dzięki temu mogłam obserwować artystę z bliska. Jestem pełna podziwu dla jego kunsztu, umiejętności, muzykalności, powagi i pomysłów na to, jak zaplanować ciekawy koncert. Jestem równocześnie wściekła na moich studentów, że nie raczyli zjawić się na koncercie, pomimo, że kilkakrotnie ich na to gorąco namawiałam.
Niestety, jak to w Korei bywa, 3 razy podczas koncertu włączyła się komuś komórka (tu ludzie są permanentnie uzależnieni od telefonów, nie rozstają się z nimi nawet w nocy, ale o tym kiedy indziej. Wielki szacunek dla Savalla, że grał dalej i nie zdenerwował się). Ktoś inny przysnął i zaczął chrapać (ludzie są tu chronicznie przemęczeni, bo dużo pracują, więc odsypiają - kiedy mogą, w metrze, na koncercie, w autobusie itp). Ale w sumie i tak publiczność zachowywała się nadzwyczaj dobrze:)
Po występie ustawiłam się w dłuuuugiej kolejce po autograf. Kolejka jest monitorowana przez ochroniarzy, do artysty jest dopuszczana tylko jedna osoba pojedynczo i tylko w celu krótkiej konwersacji i zdobycia autografu. Udało mi się zamienić z Maestro kilka słów i zdobyć autograf oraz zdjęcie:)
Był to jeden z niezapomnianych wieczorów i chciałabym jeszcze nie raz uczestniczyć w tak inspirujących koncertach!

Program

Artysta w ciemności przy lampce. Niesamowity nastrój!

Kolejka po autograf!



Jordi Savall - od dzisiaj mój mistrz!

Trofeum zdobyte:)

piątek, 13 września 2013

Moje pracowite lato:)

W tym roku wakacji prawie nie było. Z wielu różnych powodów.
Po mojej trzymiesięcznej nieobecności musiałam nadrobić zaległości kwartetowe, więc od 2. połowy czerwca ruszyłam do pracy pełną parą. Zaraz po powrocie z Korei zaczęły się intensywne próby z kwartetem i ćwiczenie nowego repertuaru.
Musiałam nauczyć się Kwartetu i Kwintetu Witolda Maliszewskiego (koncert w Muzeum w Płocku), Suity Polskiej Macieja Małeckiego (kwartet wykonywał ten utwór już wcześniej, ale dla mnie była to nowa pozycja) Orawy Wojciecha Kilara (do tej pory grałam ją tylko w orkiestrze) oraz Midaregami Veroniki Krausas na Festiwal do Francji.  Dużo nowych pozycji, a oprócz tego cały solowy recital z klasycznym repertuarem (Mozart, Beethoven, Kreisler) który wykonałam podczas Festiwalu Bosa Antica na Sardynii.
W sumie miałam z kwartetem tego lata 6 koncertów. Niby niedużo, ale jednak na każdym wykonywałam inny program, każdy miał inny profil. Doliczając do tego tygodniowy kurs na Sardynii, gdzie uczyłam i grałam duży solowy recital oraz równoczesne prace nad wydaniem książki (które ciągle z różnych powodów przeciągały się) - mogę stwierdzić że dużo się tego lata działo i czas wypełniony miałam po brzegi.
Na wakacje wyskoczyłam tylko na 3 dni na wieś (cudowne okolice pod Łodzią!) i to ze skrzypcami (bo trzeba było ćwiczyć). Więc właściwie prawdziwego wypoczynku w tym roku nie było. Ale za to pozostała satysfakcja ze wzbogacenia repertuaru o nowe pozycje i dobrej formy skrzypcowej.
Już dawno zaakceptowałam fakt, że czasem po prostu nie można mieć wszystkiego. Albo praca albo wakacje.... Za rok sobie to odbije i na pewno pojadę na 2 tygodnie odpocząć bez instrumentu i bez komputera. Takie naładowanie akumulatorów jest bardzo ważne i wspaniale procentuje: można nowy sezon zacząć ze świeżą głową, wypoczętym ciałem i dużą motywacją do pracy.
W tym roku, pomimo intensywnej pracy starałam się wykradać każdą wolną chwilę by poczuć wakacyjny klimat. Nawet podczas pełnego grafiku i przebywając w mieście da się czerpać trochę przyjemności z lata. Wszystko zależy od pozytywnego nastawienia:) Podstawą jest rower, spacery i dobry humor:) No i trzeba znaleźć  w mieście swoje ulubione miejsca, do których lubi się wracać. Ja mam takie prawie w każdym mieście, w którym jestem na dłużej.

Kilka zdjęć z tegorocznego lata. Więcej szczegółów o koncertach pojawi się w osobnych postach już wkrótce.
Koncert "pod chmurką" podczas Festiwalu Strefa Ciszy w Łazienkach Królewskich
Po koncercie z Mamą i Andrzejem:)
Łódzka Manufaktura a w tle "ubrana" lokomotywa 
Manufaktura w letnim wydaniu. Nawet plaża była:)
Najpiękniejsza polska wieś!
Bosa, Sardynia, Anno Domini 2013

Z moimi koreańskimi studentkami po koncercie w UMFC, Warszawa, lipiec 2013

Przejażdżka na próbę zabytkowym tramwajem warszawskim w letni deszczowy dzień (nawet pianino jest w środku:)

Kampus uniwersytecki we Frankfurcie nad Menem - robi wrażenie! Sierpień 2013

Podczas festiwalu w Ceret, we Francji. Był basen, więc TRZEBA było popływać:) Kąpiel z widokiem na Pireneje - bezcenna! 15.08.2013



wtorek, 10 września 2013

Hans Thoma we Frankfurcie

Kilka dni po wydaniu mojej książki o Huberze spotkała mnie miła niespodzianka. Okazało  się, że we Frankfurcie nad Menem, gdzie często bywam, w Städel Museum jest wystawa czasowa twórczości Hansa Thomy, malarza niemieckiego. Thoma był przyjacielem Hubera, namalował nawet kilka portretów kompozytora. Portrety te przedstawiam w mojej książce. Przepiękny, idylliczny, pełen światła obraz z kobietą zbierającą kwiaty na łące, który wykorzystałam na okładce książki jest właśnie autorstwa Thomy (Auf einer Waldwiese, Na Polanie, 1876 r.). Modelką na obrazie jest żona Thomy, Celia Thoma, malarka martwych natur oraz kwiatów.

Kilka słów o życiu malarza:
Thoma urodził się w Bernau w Niemczech. W latach młodości zarabiał na życie jako malując cyferblaty zegarów. W 1859 r. zdał do Akademii w Karlsruhe, gdzie studiował pod kierunkiem Schirmera i Des Coudres. Pracował w Niemczech, Włoszech oraz Francji. Od 1878 r.  mieszkał we Frankfurcie nad Menem. Ugruntował swą pozycję wystawą w Monachium. W 1899 r. otrzymał profesurę w Kunstschule w Karlsruhe oraz stanowisko dyrektora tamtejszej Kunsthalle. Zmarł w r. 1924 w wieku 85 lat. Wiele szkół i obiektów publicznych w Niemczech nazwano imieniem malarza.
Jego najlepsze obrazy to pejzaże (głownie Szwarcwald oraz Taunus pod Frankfurtem), portrety przyjaciół oraz autoportrety. Do innego nurtu należy twórczość groteskowa, mityczno-religijna inspirowana legendami germańskimi.

 Hans Thoma nie był mi wcześniej znany. Odkryłam go dopiero podczas pisania książki i zachwyciłam się kolorystyką i nastrojem jego obrazów. Bardzo się cieszę, że miałam możliwość zetknąć się z jego twórczością i zobaczyć ją na żywo.

Wrzucam kilka zdjęć z wystawy. Niestety aparat mi padł, więc zrobiłam je komórką.



Plakat wystawy


Z moim okładkowym obrazem



Róże autorstwa żony Hansa Thomy, Celi.

Grüneburg Park we Frankfurcie (jeden z moich ulubionych parków!)














Autoportret malarza





piątek, 6 września 2013

MOJA NOWA KSIĄŻKA!!!

Po wielu nieprzespanych nocach i wielu godzinach wytężonej pracy w końcu ukazała się MOJA NOWA KSIĄŻKA:
Późnoromantyczne sonaty i miniatury skrzypcowe Hansa Hubera. Studium analityczno-wykonawcze wybranych utworów.





Jestem niesamowicie dumna i szczęśliwa, że udało mi się doprowadzić ten projekt do końca. Wiele razy nie wierzyłam, że się będzie to możliwe, byłam bliska załamania i poddania się. Nie miałam pojęcia, za jaki temat się zabieram, jaki ogrom pracy mnie czeka i jak wiele niespodziewanych rzeczy wyjdzie w trakcie pisania. Ponadto przeliczyłam swoje siły: inaczej pisze się, gdy ma się dużo wolnego czasu i świeży umysł (tak było w przypadku powstawania mojej pracy doktorskiej), a inaczej, gdy całymi dniami uczy się studentów, gra, tłumaczy i pokazuje (i to po angielsku), a potem, po sześciu godzinach zajęć, z pustką w głowie trzeba usiąść do pisania.
Książka powstawała podczas mojego pobytu na stanowisku profesora gościnnego w Keimyung University w Daegu (Korea Płd). Otrzymałam bardzo liczną klasę skrzypków (15 studentów), 8. z nich musiałam przygotować do recitali dyplomowych. Pod koniec semestru pisałam nocami wspierając się koreańskim red bullem, gdyż dnie miałam wypełnione po brzegi lekcjami i próbami.
Było ciężko, nie ukrywam.
Dlatego tym większa jest satysfakcja, że się udało!
Tym bardziej, że jest to moja pierwsza tak obszerna, znacząca i poważna publikacja!

Widok własnej książki sprawia niesamowitą frajdę i radość i jest uczuciem nieporównywalnym praktycznie z niczym (nawet z nagraniem płyty nie da się tego porównać -- to zupelnie inny rodzaj satysfakcji).

Choć zarzekałam się, że już nigdy niczego nie napiszę, widok wydanej książki, wszystko zmienił i już planuję następny projekt wydawniczy. Proces powstawania publikacji: pełen poszukiwań, badań i zmagań jest jak narkotyk i po prostu uzależnia. To niesamowicie twórcze i rozwojowe doświadczenie. Potem nagle człowiek ma poczucie pustki i nie wie, czym wypełnić dzień. Ja na szczęście nie miałam czasu doświadczyć zbyt długo tego stanu, gdyż lato okazało się baaaaardzo pracowite (multum prób i koncertów z kwartetem, w tym prawie każdy z innym programem, ale o tym będzie w kolejnym wpisie, wyjazdy, kursy itp).

Wracając do książki. Można ją kupić w dziale wydawnictw Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina. Za chwile pojawi się pewnie w uczelnianym sklepie i na stronie internetowej.

PODZIĘKOWANIA:
Publikacja nie powstałaby, gdyby nie pomoc wielu wspaniałych i życzliwych mi osób. Bardzo dziękuję p. prof. dr Mieczysławie Dembskiej-Trębacz za wnikliwą i pomocną recenzję wydawniczą,  p. Lidii Polakowskiej za skład, p. Ewelinie Sroczyńskiej za redakcje, p. Grzegorzowi Kosowi za konsultacje merytoryczne rozdziału II, p. Agnieszce Tomasik za przepiękną okładkę. I całej ekipie Międzyuczelnianej Katedry Kształcenia Słuchu za cierpliwe odbieranie tysiąca moich emaili, które przechodziły przez ich skrzynkę. Oraz wszystkim pozostałym osobom, które miały swój wkład w ten proces, a których z braku czasu (jest teraz późna noc:)tutaj nie wymieniłam. O wszystkich pamiętam i wszystkim bardzo, bardzo gorąco dziękuję!
Specjalne podziękowania kieruję do p. Petera Palmera za udostępnienie swojej jeszcze nie wydanej książki o Huberze i bardzo cenną i bezinteresowną pomoc we wszystkich kwestiach merytorycznych.

Na koniec największe podziękowania składam mojej kochanej mamie i mojemu wspaniałemu mężowi za cierpliwość, wyrozumiałość, wsparcie, cenne rady i pozytywny doping. Bez Was nie byłoby tej książki!


środa, 17 lipca 2013

Chagall for strings powraca!

Po kłopotach z systemem PayPal powraca (już w pełni sprawnie działający) lekko zmodyfikowany, nasz projekt płytowy na serwisie Wspieram Kulturę.

Oto informacja o projekcie.

Przed Wami-najnowszy projekt płytowy Opium String Quartet zatytułowany CHAGALL FOR STRINGS. Płyta została objęta patronatem II Programu Polskiego Radia. Materiał jest gotowy i zmontowany. Choć brakuje nam już niewiele środków na wydanie płyty, wciąż nie mamy pełnego budżetu, który nam to umożliwi...

Płyta nie jest przedsięwzięciem komercyjnym i nie jesteśmy nastawione na zysk z tego tytułu. To efekt naszej pasji i przekonania o potrzebie promowania polskiej muzyki. Jeśli myślisz podobnie jak my, możesz włączyć się do naszego projektu, wesprzeć go dowolną kwotą i współtworzyć go razem z nami. Informacje o projekcie poniżej.


http://wspieramkulture.pl/projekt/355-CHAGALL-FOR-STRINGS-plyta-w-wykonaniu-Opium-String-Quartet

ZAPRASZAMY!







czwartek, 4 lipca 2013

Bosa Antica 2013

Za chwilę rusza kurs Bosa Antica na Sardynii (www.corsibosaantica.it), gdzie co roku, w lipcu, prowadzę klasę skrzypiec. Wylatuję do Włoch już za tydzień. Nie mogę się doczekać. Na tych kursach zawsze jest cudowna atmosfera, spotykam kreatywnych ludzi i wspaniałych muzyków. Bosa jest przepięknym miasteczkiem o wielowiekowej tradycji,  bardzo klimatycznym i jedynym w swoim rodzaju. Uwielbiam tam być i czuć niepowtarzalną atmosferę włoskiego lata. No i jest tam najlepsza na świecie pizza z bakłażanem:)
To genialne miejsce dla wszystkich miłośników muzyki i sztuki, wspaniały sposób na spędzenie ciekawych, twórczych wakacji.